Ranek był taki sobie, jak na zimę nawet pogodny. Godzina była wczesna, ale nie chciałem spać, w głowie rodził się jakiś nieokreślony pomysł, który wymagał sprecyzowania i natychmiastowej realizacji.
Rodzice jeszcze spali. W domu panowała prawie absolutna cisza, tylko lodówka od czasu do czasu włączała się, głośno bucząc.
Leżałem na łóżku, gapiłem się w sufit i okno. Nagłe olśnienie. Zerwałem się i podbiegłem do biurka. Naprędce znalazłem coś do pisania i jakąś kartkę. Usiadłem przy biurku i zacząłem pisać. Słowa same pojawiały się na papierze, po prostu wypływały z mojego wnętrza u niemalże omijając długopis wnikały w strukturę kartki.
Czułem się jak młody bóg i w tej chwili byłem nim!
Litery nabierały kształtu, układały się w słowa, wersy i zwrotki. Jeszcze moment i wiersz, mój pierwszy w życiu wiersz był gotowy. Do dopełnienia całości pozostało mi jeszcze nadać mu tytuł, myślałem nad tym. „Żabka”, tak właśnie tak.
Skreśliłem ten ostatni wyraz, tym samym stało się! Zostałem poetą, pisarzem, rozpierała mnie duma.
Z okrzykiem radości pobiegłem do pokoju taty.
- Tato! Tato! - Darłem się od progu.
Ojciec długo musiał dochodzić do siebie, ale wreszcie nieprzytomnie spojrzał na mnie.
- Tato patrz, napisałem wiersz! - Ojciec starał się dobudzić.
- Tato masz i przeczytaj - wlazłem mu do łóżka i wepchałem do ręki kartkę.
Zaspanymi oczami zaczął czytać.
- Dobre synu - pochwalił mnie.
- Nie sądzisz tatusiu, że powinienem napisać na nim datę, żebym kiedyś wiedział, kiedy go napisałem? - Czekałem na jego zdanie.
- Chyba tak - powiedział sennym głosem - to dobry pomysł - dokończył.
Wróciłem do swojego pokoju, położyłem kartkę na blacie biurka i długopisem skreśliłem datę. 16 styczeń 1982. Dwa dni później urodziła się Miranda.
- Widzisz Misiu - mówi do mnie kiedy opowiadam jej tą historię z wierszem - a ja wyskoczyłam z matki z takim impetem, że lekarz ledwo mnie zdołał złapać.
- Pchałaś się na świat jak oszalała. - Przybieram sztucznie poważną minę.
- Oczywiście, wiedziałam, że napisałeś dla mnie wiersz - chichramy się oboje.