Człowiek z wilka wyrośnie, wilk z człowieka nigdy.
Gdy tylko nastaje pełnia, moja wilcza natura budzi się do życia. Czasem objawia się to w sposób zadziwiający nawet mnie samego.
Potrzeba ucieczki od rzeczywistości drzemie w każdym z nas.
Jestem małym wilczkiem i dobrze mi z tym.
skomentuj (5)Za każdym razem kiedy zaglądam na swoje blogi nie mam ochoty powracać tu ponownie, a jednak bywam tu...
skomentuj (1)Wilczek miejski przemienił się, ale bywa że nadal warczy.
skomentuj (4)Życie nocne miasta jest pełne wilczków. Wygłodniałymi watahami wałęsają się od pubu do dyskoteki w poszukiwaniu łatwej zdobyczy. Zarówno samce jak i suki.
skomentuj (3)Kultura konsumpcji jest sztuką unikania zobowiązań. Widocznie nie jestem najlepszym konsumentem.
skomentuj (2)
Nawet wilczek miejski gubi się czasem w plątaninie sprzecznych oczekiwań i interesów.
Po prostu ostatnio czuję się osaczony wiecznymi pretensjami oraz ignorancją faktów.
PS. Może ktoś wreszcie zacząłby komentować moje notki?
Wilczek miejski zmęczony natłokiem najróżniejszych spraw uciął sobię zimową drzemkę.
Nie przeszkadzać chamy!!!
Dziś krótko.
W związku z akcją policji ( nie Policji!) blady strach padł na internautów. W związku z tym, wszyscy posiadacze nielegalnego oprogramowania odłączają się od internetu. W konsekwencji już i tak niski odsetek dostępności do netu w naszym kraju zmalał zastraszająco. Natomiast prawdziwi przestępcy śmieją się policji prosto w oczy i robią co chcą, spokojnie okradając innych na grube miliony.
Rozumiem, żę przestępstwo to przestępstwo, ale są chyba jakieś granice śmieszności.
Piszę tę cholerną książkę, ale idzie mi to okropnie mozolnie. Za to mam już tytuł!
"Wilczek miejski".
Zawwsze gustowałem w krótkich formach literackich, wiersze opowiadania, jednoaktówki. Teraz zaś mam napisać dwieście stron czegoś mądrego i czasem mnie to napawa lękiem. Walczę jak oszalały z własnym lenistwem, a raczej wybitnym brakiem konsekwencji. Wpatrzony w ekran komputera i zamyślony nad sposobem przelania na klawiaturę przeżyć i różnorakich pomysłów, muszę jednocześnie istnieć rzeczywiście.
Całą noc szukałem instynktu łowczego. Z rezygnacją stwierdziłem, że bełkocze coś nieźle nawalony do całkiem nawet ładnej dziewczyny. Niestety, ona nic go nie rozumiała. Pewnie Mirandzie ta sztuka powiodła się lepiej.
skomentuj (3)
Jakiś wirus panuje w powietrzu. Znajomy siedzi u lekarza. Wizyta po receptę, a nie zwolnienie.
- Panie Piotrku - zaczyna lekarz - jak ci Polacy sporządnieli.Piotr kiwa głową.
- Wszyscy chodzą do lekarza, a nikt nie chce zwolnienia.Wirus pracoholizmu panuje w powietrzu, ale czuć jak podszyty jest strachem by nie stracić pracy.
Mój pies ma bardzo dziwne zagrywki. Nigdy nie lubi spać pod kołdrą, a ostatnio doprasza się aby wpuszczać go pod nią. Wynika z tego bardzo mądra teoria, pies jak człowiek reguluje swoje potrzeby i czasem robi coś co w danej chwili jest mu potrzebne, a czego normalnie by nie zrobił. W moim przypadku jest to jedzenie ryby. Nie cierpię zarówno zapachu jak i smaku, a jednak bywa tak, że przez kilka dni zajadam się rybą i na dodatek ona mi smakuje. Potem zapotrzebowanie na potas ustępuje, a wrodzony wstręt powraca.
skomentuj (4)
Z życia mojej kobiety.
Miranda jedzie autobusem, ma akurat złe dni. Siedzi zamyślona, wściekła, zastanawia się co też jej i kiedy zacznie spływać po nodze. Na przystanku wsiada, kobieta w średnim wieku. Staje z Mirandą i zaczyna się operetka. Chrząkanie, sugestywne kaszlnięcia, poszturchiwanie. Ogólnie kobieta stara się zmusić ją do ustąpienia miejsca. Kilka foteli zajmują młodzi, kilkunastoletni chłopcy, ale ona jest uparta. Ta gówniara mam mi ustąpić miejsca!
- Może panna wstanie ? zaczyna kobieta w średnim wieku.
- Nie mam zamiaru ? odpowiada Miranda.
- Panna jest bardzo niewychowana! ? Kobieta podnosi głos.
- Niech pani ustąpi miejsca, któryś z tych młodych chłopców.
- Mówię do panny a nie do nich.
W tym momencie syndrom napięcia wyzwala w mojej kobiecie całe pokłady adrenaliny.
- Wie pani wracam ze szkoły, jestem zmęczona, mam zły dzień, wszystko mnie boli, mam depresję jesienną!
Kobieta w średnim wieku patrzy na Mirandę z wściekłością.
- Co mnie to obchodzi, masz mi ustąpić miejsca! ? Prawie krzyczy.
- Mam okressss! ? Krzyk Mirandy jest na tyle donośny, że wszyscy naokoło obracają się w jej kierunku.
Kobieta w średnim wieku wreszcie odpuszcza. Miejsca ustępuje jej dziesięcioletni może chłopiec, który wcześniej ani myślał to zrobić.
Samotni mężczyźni wiedzą o mąłżeństwie więcej od żonatych. Musi tak być, inaczej przecież już dawno sami byliby żonaci.
skomentuj (5)
Ranek był taki sobie, jak na zimę nawet pogodny. Godzina była wczesna, ale nie chciałem spać, w głowie rodził się jakiś nieokreślony pomysł, który wymagał sprecyzowania i natychmiastowej realizacji.
Rodzice jeszcze spali. W domu panowała prawie absolutna cisza, tylko lodówka od czasu do czasu włączała się, głośno bucząc.
Leżałem na łóżku, gapiłem się w sufit i okno. Nagłe olśnienie. Zerwałem się i podbiegłem do biurka. Naprędce znalazłem coś do pisania i jakąś kartkę. Usiadłem przy biurku i zacząłem pisać. Słowa same pojawiały się na papierze, po prostu wypływały z mojego wnętrza u niemalże omijając długopis wnikały w strukturę kartki.
Czułem się jak młody bóg i w tej chwili byłem nim!
Litery nabierały kształtu, układały się w słowa, wersy i zwrotki. Jeszcze moment i wiersz, mój pierwszy w życiu wiersz był gotowy. Do dopełnienia całości pozostało mi jeszcze nadać mu tytuł, myślałem nad tym. „Żabka”, tak właśnie tak.
Skreśliłem ten ostatni wyraz, tym samym stało się! Zostałem poetą, pisarzem, rozpierała mnie duma.
Z okrzykiem radości pobiegłem do pokoju taty.
- Tato! Tato! - Darłem się od progu.
Ojciec długo musiał dochodzić do siebie, ale wreszcie nieprzytomnie spojrzał na mnie.
- Tato patrz, napisałem wiersz! - Ojciec starał się dobudzić.
- Tato masz i przeczytaj - wlazłem mu do łóżka i wepchałem do ręki kartkę.
Zaspanymi oczami zaczął czytać.
- Dobre synu - pochwalił mnie.
- Nie sądzisz tatusiu, że powinienem napisać na nim datę, żebym kiedyś wiedział, kiedy go napisałem? - Czekałem na jego zdanie.
- Chyba tak - powiedział sennym głosem - to dobry pomysł - dokończył.
Wróciłem do swojego pokoju, położyłem kartkę na blacie biurka i długopisem skreśliłem datę. 16 styczeń 1982. Dwa dni później urodziła się Miranda.
- Widzisz Misiu - mówi do mnie kiedy opowiadam jej tą historię z wierszem - a ja wyskoczyłam z matki z takim impetem, że lekarz ledwo mnie zdołał złapać.
- Pchałaś się na świat jak oszalała. - Przybieram sztucznie poważną minę.
- Oczywiście, wiedziałam, że napisałeś dla mnie wiersz - chichramy się oboje.
Jak zawsze weekend przynosi kolejną porcję tekstów, całkiem bezsensownych, a przez to zajebiście śmiesznych.
- Ania rozwaliła na ostatniej imprezie wszystkich – głos Agi z ledwością przebił się do nas przez rozkrzyczane odgłosy knajpy i drącą się muzykę. – Przeszła sama siebie, to nie była ta sama dziewczyna co zawsze – oczy Agi były całkiem roześmiane.
Nachyliłem się nad stołem wraz z Mirandą aby lepiej móc słyszeć.
- Ania siedzi nawalona na balkonie i patrzy na niebo – zaczęła Aga. – Patrzy i naraz mówi: to nie księżyc to pełnia. – Mimo zmęczenia pękamy z Aniołkiem ze śmiechu.
- Ale to nie wszystko – nachylam się bardziej. – Chwilę później wypaliła z tekstem: jestem taka głodna, jak umrę z głodu to przeżyję.
Piątek to zawsze jest dla mnie magiczny dzień. Po pierwsze jutro jest sobota. Po drugie jak się upiję to mam dwa dni na dojście do siebie. Po trzecie po całym tygodniu bycia prawnikiem, mogę być choć przez kilka godzin dużym chłopcem. Niewiele ale zawsze coś. Po kolejne to Wasze zdrowie.
Weekend składa się też z soboty. Z sobotą to jest jednak trochę dziwnie. Kiedy częściej imprezowałem i bawiłem się na dyskotekach to najważniejszym dniem była właśnie sobota. To w sobotnie noce podrywałem panienki, wypijałem morze alkoholu, poznawałem nowych ludzi. Życie kręciło się od soboty do soboty.
Zresztą zauważyłem dziwną zależność. W piątki ludzie częściej bawią się w knajpach, a soboty spędzają na techno party, dyskotekach, clubbingu czy w night clubach. Jakaś taka to nasza polska prawidłowość. Zresztą moje własne obserwacje potwierdzają to. W piątki na dyskotekach, tu w obejmujących wszystkie wymienione formy, jest o wiele mniej ludzi niż w soboty. Puby i kanjpy są w tym czasie zapełnione.
Za to niedziela nie będzie nasza. Nie lubię po prostu tego dnia. Jutro jest poniedziałek, a dzisiaj mam kaca. Niech ktoś wyłączy te głupie dzwony. Dlaczego moi sąsiedzi na co dzień wyglądający jak lumpy, a może nimi są w rzeczywistości, muszą się tak stroić?
Ktoś kiedyś powiedziała znamienne słowa. W Ameryce, w garniturach chodzi się do pracy. W niedzielę zaś wszyscy ubierają się na luzie. Natomiast Polaków łatwo jest rozpoznać, cały tydzień chodzą ubrani byle jak, za to w niedzielę odwaleni w najlepszy garnitur, wyglądają jakby szli na pogrzeb.
Niedziela jest okropna. W gardle Sahara, w głowie Niagara. Narodowa przypadłość. W tym kontekście cieszę się, że jestem Ślązakiem, choć podobno kac jak każde cierpienie jest rzeczą ponadczasową i tak samo łączy ludzi różnych nacji i przekonań.
O poniedziałku nie zamierzam wspominać...
Typ samotnika ze mnie.
Dla przykładu. W autobusie zazwyczaj stoję całkiem z przodu obok kabiny kierowcy. Jeśli nie ma tłoku, mam wtedy widok na cały bus, wszystkie osoby widzę jak na dłoni. Nic nie może się ukryć przed moim wzrokiem. Zazwyczaj jednak unikam spojrzeń pasażerów, raczej ukradkiem podglądam ich zachowanie. Najczęściej spoglądam przez przednią szybę, czasem trochę patrzę kierowcy na ręce, ale niezbyt często. Lubię jeździć sam. Mogę swobodnie myśleć i łapać urwane nici słów, które zamierzam zebrać w zdania i przelać na papier, a właściwie wystukać na klawiaturze.
Dalej. Samotna jazda pozwala mi na czytanie książek, co ostatnio czynię coraz rzadziej. Drzemię raczej, bo ostatnimi czasami zbyt często chodzę niewyspany. Z jednej strony snu nie potrzebuję wiele, a z drugiej mój organizm nie daje się oszukać kilkoma wlanymi w siebie kawami.
Kiedy jadę sam i nie ma ze mną Najważniejszej, czasami patrzę na inne kobiety. Wieczorem jadąc do domu ostatnim autobusem, obserwowałem kiedyś dwie, przeciętne dziewczyny. Szwargotały, rozbawione szeptały coś do siebie, ale pomimo swojego zaangażowania w rozmowę, starały się zachowywać w miarę cicho. Kobiece rozmowy, ich tematy i zachowania działały na mnie niesamowicie uspokajająco. Starałem się nie patrzeć na nie w jakiś bezpośredni sposób, raczej ukradkiem podglądałem ich zachowanie, nie je.
Co do tego, to niesamowicie uspokajająco wpływa na mnie kiedy patrzę na kogoś wykonującego jakieś drobne robótki. Najważniejsze żeby w tych czynnościach nie było pośpiechu, nerwowości.
Nie lubię jeździć z tyłu autobusu. Tam zawsze siadają najgorsze mendy. Im dalej od szoferki tym mniej spokojna atmosfera. Kiedy już jestem zmuszony siąść lub stać z tyłu, całą drogę jestem spięty i nerwowy. Zamiast wykorzystywać te krótkie chwile, które mogę poświęcić dla siebie, muszę cały czas kontrolować sytuację. Koszmar straconych kilometrów.
Książki. Dalej nie pamiętam większość autorów. Można je jednak podzielić na książki malibu i te wilka.
„Mała pornografia” Dariusza bodajże Bitnera. Przeczytana dopiero pierwszy raz. Poleca malibu. „Był sobie chłopiec” autor coś na H. Film nakręcono na podstawie książki. „Życie podziemne mężczyzny” wiadomo kogo, kupiłem bo Najważniejsza chciała pogłębić znajomość facetów. „Requiem dla Nirwany”, autor jak zawsze nazwisk u mnie niet. Jeszcze nie kupiłem, ale po recenzji wnoszę, że klimat jak w „Był sobie chłopiec”, tylko ostrzejszy. Rzecz o prawniku, narkotykach, alkoholu, seksie i przemocy. Przede wszystkim jednak o dorastaniu, stawaniu się mężczyzną w wieku w którym niektórzy są już po dwóch rozwodach.
„Leon Afrykański”. Kocham tę książkę. Inspiruje mnie do życia. Będzie jeszcze czas abym zaprezentował ją bliżej. „Pamiętniki Hadriana”. Pamiętniki napisane współcześnie w imieniu jednego z cezarów, jego słowami, zawierające jego myśli. Druga pozycja bez której moje życie byłoby puste.
Ostatnią książką w tym krótkim przeglądzie są „Niebezpieczne związki”. Biblia libertynów. Wraz z dwiema poprzednimi pozycjami towarzyszy mi od zawsze.
Lubię czytać. Najważniejsza powiedziała mi ostatnio, że będąc ze mną zaczęła więcej czytać niż robiła to wcześniej. Czytanie niestety ma swoją wadę: jest czasochłonne. Muszę zatem często naginać czas i inne obowiązki, aby móc realizować swoją pasję. Pochłaniam książki, dlatego aby naprawdę wczuć się w ich atmosferę i klimat muszę czytać jedna pozycję kilkakrotnie.
Pierwszy raz jest rozpoznaniem terenu. Czytam szybko, pobieżnie, skaczę po stronach i rozdziałach. Wyłapuję co lepsze perełki, ale w tej fazie jedynie te o których ktoś mnie poinformuje, albo na które sam przypadkiem natrafię.
Drugi raz przybiera formę dogłębnej analizy treści. To wtedy poznaję fabułę i bohaterów oraz ich emocje. Czytam spokojniej, ale dokładniej. Ze zrozumieniem.
Trzeci raz to moment w którym wyłapuję najlepsze kąski. Słowa i zdania są wtedy ważniejsze od samej fabuły i bohaterów. Teraz liczą się ich myśli. Na tym etapie co nudniejsze fragmenty pomijam. Szukam głębi a nie opisów.
Kolejne razy czwarty, piąty...mają swe miejsce bo lubię przypominać sobie książki, wracać do nich by na nowo wchłonąć ich przesłanie.
Niestety, któryś z pisarzy powiedział ostatnio, że kiedy pisze się samemu, nie ma zbyt wiele miejsca na czytanie cudzych pozycji.
Powoli zaczynam rozumieć jego słowa.
Były sobie świnki trzy.
Były.
Z Niemiec przyjechał mój dobry przyjaciel Kris, robi to raz, dwa razy w roku, choć kiedyś bywał częściej. Jeszcze kilka la temu miał zamiar wrócić, teraz porzucił tą myśl i raczej nie zapowiada się na to, że zmieni zdanie. Wygląd odmienił mu się, ale nadal pozostał sobą, z tym samym jak zawsze popapranym poczuciem humoru i tym co zwykle luzackim podejściem do kobiet. To pierwsza świnka.
W areszcie siedzi Adam. Miał pracę, a jego życie powoli zaczynało się układać, choć trzeba przyznać, że zaczął więcej pić. To znaczy zawsze pił, ale nie mając mocnej głowy upijał się raczej szybko i wtedy bywało różnie. Zasypiał albo budził się w nim wojownik, a wtedy dziarsko i z zapałem szukał zaczepki. Nie raz nie dwa musieliśmy go z Krisem wyciągać z opałów. To druga świnka.
Te słowa pisze ja. Zmagając się z klawiaturą, myślami i siłą wspomnień. Mnie znacie. To trzecia świnka.
Wczoraj wieczorem Kris, ja i kilku znajomych, w tym Najważniejsza siedzieliśmy w pizzerni i popijając zimne piwko, pośród ogólnej wrzawy wspominaliśmy dawne czasy. Czas Trzech Świnek.
- Rabka to fajna mieścina ale zajebisty mają kościółek.
- Były sobie świnki trzy...chrum, chrum, chrum...
- Dzisiaj pijemy za kolejny 241 dzień abstynencji.
- Jak ty chcesz założyć rodzinę, jak ciebie nie stać nawet na bistro.
I wiele jeszcze innych głupawych naszych i znajomych odzywek, które raz puszczone w ruch, żyją własnym życiem. Na których wspomnienie łza kręci się w oku. Dawno, choć raptem to jedynie cztery, pięć lat temu wypowiedziane były te słowa.
- A pamiętasz jak na placu zabaw, w piaskownicy piliśmy Johny Walker-a?
- I jak przyszedł do nas Adam, zapytał co pijemy, a ja się go pytam czy ma ochotę na jepa? Nalałem mu on wypił i poczuwszy smak przedniego alkoholu wystawił pusty kubek przed siebie - Nalej!
- To było w sumie niedawno.
- Ale już nie wróci.
Pomimo porozumiewawczych uśmiechów, jakoś tak nas z Krisem ścisnęło w dołeczkach od napływających wspomnień.
- Pamiętasz jak z Opim założyłem się o półlitra, że w naszym pubie obetniemy sobie włosy na łyso?
Jak miałem nie pamiętać. Kris miał śliczne długie blond włosy a Opi jeszcze śliczniejsze długie czarne loki, które swobodnie opadały mu na ramiona. Byliśmy wszyscy w pubie, na środku na krześle siedział Kris a Opi najpierw maszynką obciął mu włosy a później jednorazówką ogolił dokładnie czaszkę. Kiedy skończył Kris z jego bujnymi czarnymi lokami zrobił to samo. Potem wszyscy jak zwykle oblewaliśmy kolejny dzień abstynencji.
Wychodząc wczoraj z pizzerni, mijaliśmy po drodze księgarnię. Nagle Najważniejsza krzyczy do nas i prowadzi do witryny. Tam na wystawie leżą bajki. Patrzę a tu obok „Calineczki” widzę „Były sobie świnki trzy”. Jak na zawołanie wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Były sobie świnki trzy.
Pierwsza wyemigrowała.
Druga siedzi.
Trzecia...Ktoś musi opowiedzieć naszą historię.
Napijmy się za kolejny dzień abstynencji. Na zdrowie wspomnieniom. Za czas Trzech Świnek. Za tamten utracony czas.